...
" (...) lokalna kultura popularna ma wciąż zbyt heteronormatywny charakter, nie
jest obyczajowo różnorodna i otwarta. Teraz ją przede wszystkim trzeba
„queerować”, a uczyć się tego można właśnie od sztuki czyli bardziej
eksperymentalnej i oryginalnej sfery kultury wizualnej."
To wypowiedź kuratora wystawy Ars Homo Erotica, która trwa w Muzeum Narodowym. Na wystawie jeszcze nie byłem, przeciwko sztuce erotycznej w dowolnej postaci (ani homo- ani heteroerotycznej, choć z oczywistych względów ta druga działa na mnie w szerszym zakresie: prócz doznań duchowych potrafi równie wzniośle podziałać na fizyczność - a sztuka oddziałowująca na fizyczność jest przecież pewnym ewenementem) nie mam absolutnie nic; a jednak jedna rzecz budzi mój zdecydowany sprzeciw.
Nie będę się tu deklarował politycznie czy obyczajowo, bo to nie debiut na łamach prasy ogólnopolskiej i obie osoby, które to przeczytają znają mnie sotunkowo dobrze (stosunkowo...). Ale dlaczego mam nie uznać heteroseksualizmu za normę? I dlaczego mam się obawiać normatywnego charakteru heteroseksualnych związków w sztuce lokalnej? Ba! Dlaczego mam się go obawiać w sztuce globalnej - tam przecież jest podobnie? Tak już świat jest urządzony, że są pewne "normy" i pewne od nich odstępstwa. Odstępstw nie należy piętnować, ale trzeba rozumieć ich charakter. Rudy kolor włosów jest również genetyczną mutacją (a jest to określenie czysto opisowe a nie wartościujące), stąd w literaturze czy plastyce tylu przystojnych brunetów i blondynó - rudzi na ogół mają piegi i rzucają kamieniami w okna. Stąd ruda jest wiecznie niedostowoana Ania z Zielonego Wzgórza, która nawet jak chce się przefarbować, to wychodzi jej zielony...
Ania z Zielonego Wzgórza wybitną pozycją emancypacyjną nie jest, ale wyobraźcie sobie jej status, gdyby rude nonkonformistki były w kulturze normatywne...
yader 2010-07-09 11:46:33
skomentuj (0)